MayTrails
Pan Drogi — bezpłatny fragment
MayTrails
Z Kairu do Kapsztadu · Sebastian Pawełczyk
Bezpłatny fragment — pierwsze dwa rozdziały. Autorska kontynuacja przygód bohaterów Karola Maya.
CZĘŚĆ PIERWSZA
CIEŃ NAD NILEM
Rozdział pierwszy
LIST Z KISUMU
Kto zna Kair jedynie z opowiadań podróżników, ten wyobraża go sobie zwykle jako miasto wiecznych cudów, w którem pod każdą palmą siedzi zadumany szejk, na każdym rogu czyha rozbójnik, a wszystkie kobiety mają oczy piękne i czarne jak noc nad Nilem. Kto zaś przebywał w Kairze dłużej, wie, że szejkowie muszą niekiedy płacić podatki, rozbójnicy wolą miejsca mniej pilnowane, a oczy kobiet bywają tak rozmaite, jak we wszystkich innych krajach świata.
Mimo to stolica Egiptu zachowała dość osobliwości, aby nawet człowiekowi, który odwiedzał ją po raz dziesiąty, nie pozwolić się nudzić. W październiku, gdy skwar letni zaczyna ustępować, a z północy napływają pierwsi Europejczycy, ulice jej przedstawiają obraz tak barwny, iż najzręczniejszy malarz musiałby uznać swą paletę za ubogą. Obok wielbłąda, stąpającego z obrażoną miną patriarchy, dzwoni wagon elektrycznego tramwaju; fellach w niebieskiej galabiji potrąca angielskiego oficera; osiołek objuczony koszami ustępuje przed powozem jakiegoś paszy; z kawiarni dolatuje brzęk szklanek i gardłowy śpiew, a ponad tem wszystkiem unoszą się kurz, nawoływania przekupniów i przenikliwy krzyk poganiaczy.
Siedziałem w ogrodzie hotelu Shephearda, zwrócony twarzą ku ulicy, i przyglądałem się temu widowisku z upodobaniem człowieka, który nie musi się spieszyć. Przyjechałem do Kairu przed czterema dniami. Zamierzałem odpocząć, odwiedzić kilku dawnych znajomych, a następnie udać się przez Aleksandrję do Europy. Kufry moje były już prawie spakowane, bilety na parowiec zamówione i nic nie wskazywało, że los ma wobec mnie zamiary zupełnie odmienne.
Przede mną stała filiżanka kawy, której nie zdążyłem jeszcze dotknąć, gdy w bramie hotelowej ukazała się postać tak mała, ruchliwa i pełna godności, że ujrzawszy ją, zerwałem się natychmiast z krzesła.
Przybysz miał na sobie szeroki burnus, którego białość ucierpiała znacznie podczas podróży, czerwony zawój i żółte safianowe buty. U boku wisiała mu krzywa szabla, za pasem tkwiły pistolety, a na twarzy malowała się owa niezachwiana pewność siebie, jaka cechuje człowieka przekonanego, że cały świat został stworzony głównie po to, aby podziwiać jego zalety.
Był to Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas ibn Hadżi Dawud al Gossarah, szejk Haddedihnów, mój dawny sługa, później towarzysz, a zawsze najwierniejszy przyjaciel.
— Sihdi! — zawołał, rozłożywszy ramiona. — Światło moich oczu, siła mego serca i ozdobo wszystkich synów Nemsistanu! Niechaj dzień ten zapisany zostanie złotemi literami na sklepieniu nieba, gdyż oto po latach rozłąki spoglądam znowu na oblicze człowieka, bez którego mądrości ziemia byłaby równie ciemna, jak wnętrze worka należącego do ślepego derwisza!
Uścisnąłem go serdecznie.
— Witaj, Halefie! Skądże przybywasz?
— Skąd przybywam? — powtórzył, jak gdyby pytanie to było zbyt małe, aby zasługiwało na krótką odpowiedź. — Przybywam z krain, nad któremi rozpościera się łaska Allaha, ponieważ mieszkają tam Haddedihnowie; z namiotów, które są pałacami wolności; od Hanneh, najpiękniejszej z niewiast, i od Kary Ben Halefa, najdzielniejszego z młodzieńców, chociaż czasem wydaje mu się, że wie więcej od własnego ojca. Wiodłem konie do El Arisz, potem udałem się do Port Saidu, a gdy usłyszałem, że przebywasz w Kairze, rzekłem sobie: „Czyż wolno Halefowi oddychać powietrzem Egiptu, dopóki nie uściska swego sihdi?” Wsiadłem tedy do pociągu, który pędził z taką szybkością, jak gdyby ścigały go wszystkie dżinny pustyni, i oto jestem.
— A Hanneh pozwoliła ci na tę podróż?
Zmarszczył brwi.
— Pozwoliła? Sihdi, jestem szejkiem Haddedihnów!
— Wiem o tem.
— Szejk nie potrzebuje pozwolenia.
— Oczywiście.
— Wystarczy, że obwieści swą wolę.
— I obwieściłeś ją Hanneh?
Halef usiadł naprzeciw mnie, odpiął szablę i oparł ją starannie o krzesło.
— Nie odrazu — przyznał. — Mądrość nakazuje, aby wielkie postanowienia dojrzewały w ciszy. Gdy były już dojrzałe, Hanneh powiedziała, że dobrze uczynię, jadąc do Kairu, ponieważ Kara Ben Halef potrafi zastąpić mnie przez kilka tygodni. Widzisz więc, że myśl jej zgodziła się zupełnie z moją wolą.
— Jak zawsze.
— Jak zawsze — potwierdził z godnością. — Lecz mów teraz o sobie! Dlaczego jesteś sam? Gdzie twoje strzelby? Gdzie konie? Dlaczego pijesz kawę wśród Franków, którzy siedzą na krzesłach tak sztywno, jakby połknęli własne laski?
Kilku angielskich podróżnych odwróciło głowy. Nie mogli rozumieć arabskich słów Halefa, lecz jego gesty były wymowne. Poprosiłem służącego o drugą kawę i opowiedziałem przyjacielowi pokrótce o zamiarze powrotu do Europy. Słuchał z miną coraz bardziej rozczarowaną.
— A więc przybyłem za późno — rzekł. — Zamiast przemierzać z tobą pustynię, mam patrzeć, jak wsiadasz na parowiec i pozwalasz się wieźć niby worek daktyli! Czy Nemsistan nie może poczekać?
— Może. Nie mam jednak powodu, aby tu pozostać.
— Powód znajduje ten, kto umie szukać. Gdybym ja pragnął przygody, wystarczyłoby mi przejść przez Muski z zamkniętemi oczami i otwartą sakiewką.
— Wówczas znalazłbyś raczej złodzieja niż przygodę.
— Złodziej jest początkiem wielu przygód, zwłaszcza jeżeli złapie go Hadżi Halef Omar.
Nie przypuszczał zapewne, jak szybko słowa te miały się spełnić.
Zanim jednak los potwierdził jego zdanie, mieliśmy jeszcze kilka spokojnych chwil. Dziwnie było siedzieć z Halefem przy zwyczajnym hotelowym stole i słuchać, jak opowiada o ludziach, których znałem niegdyś jako dzieci, a którzy obecnie sami mieli dzieci. Kara Ben Halef dowodził już częścią wojowników Haddedihnów, odbywał wyprawy handlowe i, według ojca, posiadał wszelkie zalety konieczne przyszłemu szejkowi, prócz jednej: nie dość często pytał obecnego szejka o radę.
— Jest odważny? — zapytałem.
— Jak lew.
— Rozważny?
— Jak jego matka.
— A podobny do ciebie?
Halef zastanowił się.
— Gdy chodzi o rzeczy najważniejsze. W sprawach mniej ważnych jest zbyt wysoki.
Opowiedział mi potem o nowej studni, którą wykopano w pobliżu obozowiska, o koniach sprowadzonych z Nedżdu, o dwóch sporach między rodami i o tym, jak Hanneh zakończyła jeden z nich, zanim jej mąż zdążył powrócić z podróży. W jego słowach każda drobna sprawa urastała do wydarzenia godnego kronikarza, lecz pod przechwałkami słyszałem coś, czego dawniej nie było: zadowolenie człowieka posiadającego miejsce, do którego należy.
Przyglądałem mu się, kiedy mówił. Włosy przy skroniach miał rzadsze, w czarnej brodzie pojawiły się srebrne nitki, a gdy podnosił się z krzesła, czynił to odrobinę ostrożniej niż przed laty. Oczy zachowały jednak dawny blask. Był w nich ten sam ogień, który kazał mu niegdyś rzucać się z nożem na ludzi dwakroć większych i rozpoczynać przemowę tam, gdzie rozsądniejszy człowiek szukałby wyjścia.
On również badał moją twarz.
— Sihdi — rzekł nagle — czy w Nemsistanie spadł śnieg?
— Jest październik. W górach zapewne tak.
— Nie pytam o góry. Pytam o twoje włosy.
Dotknąłem skroni.
— Posiały.
— Nie są siwe — zaprzeczył stanowczo. — Stały się jasne od nadmiaru mądrości. Gdyby mądrość była czarna, wyglądałbyś jak kruk.
— Twoja także zaczyna jaśnieć na brodzie.
Halef przygładził ją szybko.
— To kurz pustyni. Zmyję go.
Nie powiedziałem mu, że kurz nie rośnie wraz z włosem. Przez otwartą bramę ogrodu widziałem tramwaj przesuwający się z brzękiem pomiędzy dorożkami i osłami. Dawniej przybywaliśmy do Kairu konno, mając za sobą tygodnie pustyni; teraz człowiek mógł rano wejść do pociągu nad morzem i wieczorem pić kawę pod palmami. Miasto zmieniało swój oddech. Nie wiedziałem jeszcze, czy słucham oddechu młodości, czy gorączki.
W tej chwili zbliżył się do nas dragoman hotelowy. Szedł za nim młody Murzyn w czerwonym fezie, niosący na tacy długi, pożółkły pakiet. Dragoman skłonił się i podał mi pióro.
— List polecony dla effendiego. Przywiózł go posłaniec z urzędu pocztowego.
Spojrzałem na adres. Wypisano go po angielsku, dużemi, kanciastemi literami:
Herrn Kara Ben Nemsi, deutscher Reisender, Shepheard’s Hotel, Cairo.
Pod temi słowami widniało moje właściwe nazwisko, którego tu nie przytoczę. Znaczki nosiły stemple Kisumu, Mombasy, Adenu i Suezu. List odbył zatem długą drogę od Jeziora Wiktorji.
Na odwrotnej stronie rozpoznałem pieczęć Angusa MacKenziego.
— Czy to wiadomość od jakiegoś wielkiego władcy? — zapytał Halef.
— Od inżyniera.
— To prawie to samo. Władca rozkazuje ludziom, a inżynier górom, rzekom i żelaznym szynom. Czy jest on twoim przyjacielem?
— Był nim przed laty. Poznaliśmy się nad Eufratem, gdzie badał możliwość budowy mostu. Od tego czasu pisywaliśmy do siebie rzadko, ale nigdy nie zapomniałem, że jest człowiekiem uczciwym i odważnym.
Obejrzałem kopertę przed jej otwarciem. Lakowa pieczęć była nienaruszona, przynajmniej na pozór. Krawędź papieru w jednym miejscu wydała mi się jednak ciemniejsza. Zwilżono ją parą, a potem sklejono ponownie gumą o zapachu gorzkich migdałów. Ktoś czytał list po drodze.
Nie powiedziałem o tem Halefowi. Rozciąłem kopertę nożykiem.
List napisano po angielsku. Brzmiał następująco:
Kisumu, nad Jeziorem Wiktorji, 12 sierpnia 1907 roku.
Drogi Przyjacielu!
Jeżeli podróże nie zawiodły Cię zbyt daleko od Egiptu, przyjedź kiedyś do nas. Kolej przyniosła tu więcej zmian, niż mógłbym opisać w jednym liście. Brakuje mi człowieka, który umie patrzeć na ślady, a nie tylko na cyfry. Mój pomocnik Leighton opuścił obóz, zabierając siedem skrzyń narzędzi. Czterdziestu siedmiu robotników również zerwało kontrakty. Władze uważają sprawę za zwykłą dezercję. Być może mają słuszność.
W Mombasie radzę zatrzymać się u firmy Marston African Transit Company. Jej kierownik wyświadczy Ci każdą przysługę. Jeżeli zechcesz odpowiedzieć, uczyń to telegrafem; tutejsze druty działają nadzwyczaj sprawnie. Zawsze podziwiałeś nowe drogi, a u nas rodzą się one niemal co dnia.
Twój oddany
Angus MacKenzie
— Cóż pisze? — niecierpliwił się Halef.
Przeczytałem mu list po arabsku. Gdy skończyłem, wzruszył ramionami.
— To wszystko? Człowiek zgubił pomocnika, skrzynie i czterdziestu siedmiu robotników, a ponieważ nie umie ich znaleźć, wzywa ciebie z drugiego końca świata. Niechaj kupi sobie psa!
— MacKenzie nigdy nie prosiłby mnie o pomoc w tak błahej sprawie.
— A zatem list ma drugie znaczenie?
— Ma.
— Gdzie?
Podałem mu arkusz.
— Znajdź je!
Halef obrócił papier najpierw ku słońcu, potem pod światło, powąchał go, przesunął palcem po wierszach i wreszcie spojrzał na mnie z urazą.
— Wiesz przecie, że nie czytam mowy Anglików. Wygląda ona tak, jak gdyby stado much przebiegło po papierze, umoczywszy przedtem nogi w atramencie.
— Nie musisz znać słów. Policz kropki na końcu zdań.
— Jest ich tyle, ile zdań.
— Nie wszystkie.
Wziąłem list i wskazałem mu punkciki znajdujące się tuż obok niektórych znaków przestankowych. Były tak małe, że można je było uważać za przypadkowe rozpryski atramentu. MacKenzie znał jednak mój zwyczaj badania papieru pod światło. Nakłucia igłą tworzyły grupy po jednej, dwie lub trzy dziurki. Odpowiadały literom prostego szyfru, którego używaliśmy niegdyś nad Eufratem.
Wyjąłem notes i zacząłem zapisywać litery. Halef śledził moją rękę z rosnącem napięciem. Po kilku minutach odczytałem wiadomość:
LEIGHTON PORWANY. REJESTR 47. MOMBASA. PAN DROGI. NIE UFAJ DRUTOM.
Halef uderzył dłonią w stół tak mocno, że filiżanki podskoczyły.
— Wiedziałem! — zawołał. — Wiedziałem, że Allah nie pozwoli ci wrócić do Nemsistanu, zanim nie ukażesz złoczyńców, którzy porywają uczciwych inżynierów!
— Przed chwilą radziłeś mu kupić psa.
— Bo nie znałem kropek. Człowiek nie może być mądrzejszy od wiadomości, której jeszcze nie odczytał. Kim jest Pan Drogi?
— Tego nie wiem.
— Dokąd prowadzi jego droga?
— Zapewne do Mombasy.
— A gdzie leży Mombasa?
— Nad Oceanem Indyjskim, daleko na południe od równika.
Halef rozpromienił się.
— Więc pojedziemy!
— Ja jeszcze tego nie powiedziałem.
— Ale pomyślałeś. Znam cię, sihdi. Gdy twoje brwi zbliżają się do siebie tak, jak dwa wielbłądy pragnące napić się z jednego wiadra, oznacza to, że wyruszasz w drogę. Ja zaś wyruszam z tobą.
— Przyjechałeś do Kairu tylko na kilka tygodni.
— Tygodnie są jak ziarnka piasku. Gdy wiatr przeznaczenia dmuchnie mocniej, nikt ich nie policzy.
— A Hanneh?
— Hanneh wie, że przy tobie potrzebny jest człowiek rozumny.
— Czy powiedziała to wyraźnie?
— Nie temi słowami. Lecz jej spojrzenie zawierało tę myśl, a ja potrafię czytać w oczach mojej żony równie biegle, jak ty w nakłuciach angielskiego papieru.
Wstał, aby zawołać służącego, i cofając się wpadł na człowieka siedzącego przy sąsiednim stoliku. Filiżanka stojąca przy jego łokciu zachwiała się. Nieznajomy pochwycił ją jednak tak szybko i spokojnie, że ani jedna kropla nie upadła na biały obrus.
— Niech Allah wynagrodzi zręczność twej ręki — powiedział Halef — ponieważ moja szata nie uczyniła nic złego i nie zasługiwała na oblanie kawą.
Człowiek nie znał arabskiego albo udał, że nie zna. Spojrzał na mnie z uprzejmym pytaniem. Był wysokim Europejczykiem około sześćdziesięciu lat, szczupłym, wyprostowanym i ubranym z ową niewymuszoną starannością, którą daje raczej wieloletni dostatek niż zamiłowanie do stroju. Srebrne włosy miał krótko przycięte. Twarz nie była piękna ani szczególnie charakterystyczna, lecz panował nad nią tak zupełnie, że trudno byłoby odgadnąć, co myśli.
— Mój przyjaciel przeprasza za potrącenie — wyjaśniłem po angielsku.
— Nie stało się nic — odparł. — Przyjaciel pański ma ruchy człowieka przywykłego do szerszej przestrzeni niż hotelowy ogród.
Mówił spokojnie, z czystym akcentem człowieka wykształconego, lecz w głosie brzmiała nuta południowoafrykańska.
— Istotnie — odpowiedziałem. — W namiocie Haddedihnów nie stawia się stołów tak blisko siebie.
— Haddedihnów? Zatem przybył pan z Arabji?
Halef usłyszał nazwę swego plemienia i natychmiast zapragnął dowiedzieć się, co mówię. Przetłumaczyłem mu pytanie.
— Powiedz temu Frankowi, że nie przybyłem z Arabji, lecz przyniosłem ją z sobą — oświadczył. — Człowiek nosi ojczyznę w sercu, choćby kolej zawiozła go na drugi koniec ziemi.
Nieznajomy wysłuchał przekładu i lekko się uśmiechnął.
— Kolej niedługo zawiezie ludzi dalej, niż dziś potrafimy przypuszczać. Za kilkanaście lat większą część tego kontynentu będzie można przebyć po szynach.
Na stole przed nim leżała mapa Afryki, złożona tak, że widziałem jedynie dolinę Nilu i cienką linję biegnącą ku południu. Obok mapy spoczywała skórzana teczka bez monogramu.
— Położenie szyn nie wystarcza jeszcze, aby stworzyć drogę — rzekłem.
— Z punktu widzenia podróżnika zapewne nie. — Przesunął palcem po brzegu mapy. — Z punktu widzenia kupca wystarcza zupełnie.
— Kupiec może posiadać tabor i towary. Nie drogę.
— Posiada ją tak długo, jak długo potrafi rozstrzygać, co nią pojedzie.
Nie wypowiedział tych słów wyzywająco. Brzmiały jak uwaga człowieka, który zna rachunek lepiej od rozmówcy, ale nie uważa tego za powód do dumy.
— A jeżeli znajdzie się podróżny, który nie zapyta kupca o pozwolenie? — zapytałem.
— Wówczas wybierze inną drogę. To także można przewidzieć.
Zamknął mapę, skłonił się nam obu i odszedł ku hotelowi. Portjer otworzył przed nim drzwi z pośpiechem świadczącym, że nieznajomy był człowiekiem zamożnym albo hojnie płacącym za pamięć służby.
Halef patrzył za nim.
— Co powiedział?
Przetłumaczyłem rozmowę.
— Nie podoba mi się.
— Dlaczego?
— Człowiek, który chwyta filiżankę szybciej, niż ja zdążę ją przewrócić, powinien nosić broń, a nie mapę.
— Jest to najdziwniejszy powód nieufności, jaki dziś usłyszałem.
— Dzień jeszcze się nie skończył.
Nie znałem nazwiska Europejczyka i po kilku chwilach myśl o nim ustąpiła ważniejszej sprawie. Pamięć zachowała jednak jego głos oraz spokój, z jakim mówił o drogach, jak gdyby były już kreskami w jego księdze.
Złożyłem list i wsunąłem go do wewnętrznej kieszeni. Nie chciałem odpowiadać telegrafem. Ostrzeżenie MacKenziego było aż nadto wyraźne. Należało przede wszystkiem ustalić, kto otworzył kopertę i czy śledzono ją również w Kairze.
Podniosłem wzrok ku bramie hotelowej. Czarny posłaniec, który przyniósł list, zniknął. Dragoman rozmawiał z jakimś wysokim człowiekiem ubranym po europejsku, lecz noszącym czerwony fez. Nieznajomy miał ciemne okulary i wspierał się na lasce. Kiedy spostrzegł moje spojrzenie, odwrócił głowę, pożegnał dragomana i odszedł.
— Znasz tego człowieka? — zapytałem służącego.
— Nie, effendi. Pytał tylko o drogę na Muski.
— Mógł zapytać portjera.
Dragoman wzruszył ramionami. Halef przyjrzał mi się uważnie.
— Czy ten Frank ci się nie podobał?
— Nie był Frankiem.
— Miał ubiór Franka.
— Ale kłaniając się, dotknął prawą ręką serca. Europejczyk uniósłby kapelusz, gdyby nie nosił fezu. Ponadto laska była mu niepotrzebna. Kiedy stał, wspierał się na lewej nodze, a odchodząc, utykał na prawą.
— Udawał kalekę!
— Zapewne po to, aby można go było później opisać jako kulawego.
— Dogonimy go!
— Nie. Człowiek, który chce być widziany, bywa najczęściej zasłoną dla kogoś, kto pragnie pozostać niewidzialny.
Zapłaciłem rachunek i udałem się z Halefem do wnętrza hotelu. Przy schodach stał portjer. Dowiedziałem się od niego, że posłaniec pocztowy przyszedł sam i wrócił tą samą drogą. Nikt inny o mnie nie pytał. W pokoju zbadałem kopertę dokładniej przez szkło powiększające. Ślad otwarcia był niewątpliwy. Na gumie znajdowało się włókno czerwonego jedwabiu, tak cienkie, iż ledwie je dostrzegłem.
— Z fezu? — domyślił się Halef.
— Być może. Ale czerwony fez nosi w Kairze tylu ludzi, że równie dobrze moglibyśmy szukać ziarnka piasku na pustyni.
— Ziarnka nie, lecz człowieka z laską znajdę.
— Dokąd pójdziesz?
— Na Muski. Sam powiedział, gdzie go szukać.
— Dlatego na Muski go nie będzie.
Halef westchnął ciężko.
— Sihdi, rozmowa z tobą przypomina pościg za lisem, który zamiast biec naprzód, zawraca po własnych śladach. Gdy mówię „tak”, ty mówisz „nie”; gdy powiem „nie”, dowodzisz, że powinno być „tak”. Dokąd więc idziemy?
— Na Muski.
Spojrzał na mnie w milczeniu, co zdarzało mu się bardzo rzadko.
— Przecież powiedziałeś…
— Powiedziałem, że nie znajdziemy tam kulawego. Możemy jednak znaleźć człowieka, dla którego był zasłoną.
Muski, wielka ulica handlowa prowadząca ku starym dzielnicom Kairu, należała do miejsc, gdzie człowiek mający oczy i uszy otwarte mógł dowiedzieć się więcej niż w niejednym urzędzie. Ruszyliśmy pieszo. Nie zabrałem strzelb; w mieście byłyby zawadą. Pod surdutem miałem dwa rewolwery, Halef zaś nie rozstawał się nigdy ze swą szablą i pistoletami, choć zapewniał mnie, że samo jego spojrzenie wystarcza do pokonania dziesięciu przeciwników.
Tłum gęstniał z każdym krokiem. Mijaliśmy handlarzy dywanów, jubilerów, sprzedawców wonności, tragarzy uginających się pod belami bawełny, żebraków, derwiszów i wieśniaków, którzy przybyli z okolicznych osad. Wózki z pomarańczami tarasowały przejście, osły potrącały przechodniów jukami, a z ciemnych warsztatów dochodził jednostajny stuk młotków.
Nie rozglądałem się ostentacyjnie. Człowiek śledzony powinien zachowywać się tak, jakby niczego nie podejrzewał. Przystanąłem nawet przed sklepem z bronią i obejrzałem kilka starych strzelb, których właściciel zachwalał je jako zdobyte osobiście na mahdystach pod Omdurmanem. Jedna z nich była francuskim karabinem starszym zapewne od sprzedawcy, druga zaś włoską strzelbą, której zamek nie nadawał się już do użytku.
— Obie są doskonałe, effendi — zapewniał kupiec. — Z tej zabito dziesięciu Anglików, a z tamtej dwunastu!
— Czy można z nich jeszcze strzelać? — zapytał Halef.
— Oczywiście!
— Więc wyjdź z nami na pustynię i pokaż. Jeżeli broń rozerwie się w twoich rękach, zapłacimy spadkobiercom połowę ceny.
Kupiec przestał nalegać.
W wypolerowanej mosiężnej tacy wiszącej nad jego ramieniem widziałem odbicie ulicy. Trzykrotnie pojawił się w niem młody chłopak w zielonym kaftanie. Udawał, że ogląda towary, lecz nie spuszczał ze mnie wzroku. Za nim stał gruby handlarz daktyli, a jeszcze dalej mężczyzna niosący pusty kosz. Ten ostatni przesuwał się wraz z nami, choć nie kupował i niczego nie sprzedawał.
Odeszliśmy od sklepu. Przy następnym zaułku chłopak w zielonym kaftanie wyprzedził nas i zniknął. Gruby handlarz pozostał z tyłu. Człowiek z koszem szedł nadal.
— Halefie — rzekłem cicho — po lewej stronie zobaczysz za chwilę sklep z żółtemi pantoflami. Zatrzymaj się przed nim i targuj tak długo, aż odejdę o dwadzieścia kroków.
— Mam kupić pantofle?
— Nie.
— To dobrze, bo wszystkie są brzydsze od moich.
Wykonał polecenie. Zatrzymał kupca i już po chwili rozpoczął z nim gwałtowny spór o pochodzenie skóry, choć zapewne nie zamierzał nabyć nawet rzemyka. Ja szedłem dalej.
Przed wylotem bocznej uliczki wbiegł na mnie mały chłopiec, trzymający w ramionach klatkę z gołębiami. Klatka upadła, ptaki zatrzepotały, a dziecko zaczęło krzyczeć. Pochyliłem się, aby je podnieść. W tej samej chwili ktoś uderzył mnie koszem w prawe ramię.
— Przebacz, effendi! — zawołał mężczyzna.
Odsunął się natychmiast. Poczułem lekkie szarpnięcie surduta, lecz nie chwyciłem go. Pozwoliłem mu zrobić trzy kroki.
— Sihdi! — ryknął Halef głosem, który zagłuszył nawet kupców. — Ten syn złodzieja zabrał ci list!
Człowiek z koszem rzucił się do ucieczki.
Halef popędził za nim. Żółte pantofle migały pod burnusem, szabla biła go po nodze, a ludzie odskakiwali na boki. Złodziej przewrócił stragan z cebulą, przeskoczył nad siedzącym żebrakiem i skręcił w wąski zaułek. Halef uczynił to samo, nie przestając wołać:
— Stań, szakalu! Zatrzymaj się, wnuku stu ślepych hien, bo inaczej dusza twoja wyprzedzi ciało i pierwsza stanie przed sądem!
Nie pobiegłem za nimi.
Złodziej miał przewagę, znał uliczki i nie niósł naprawdę ciężkiego kosza. Gdyby chciał tylko umknąć, nie wybrałby zaułka kończącego się przy starym chanem. Pobiegł tam, ponieważ czekał na niego wspólnik albo przygotowany koń. Najkrótsza droga do tylnej bramy chanu prowadziła przez podwórze farbiarzy.
Skręciłem w przeciwną stronę.
Nikt mnie nie ścigał. Wpadłem pomiędzy kadzie z barwnikiem, ominąłem dwóch półnagich robotników i przeskoczyłem rynsztok, w którym płynęła woda czerwona jak krew. Stary farbiarz zaklął za mną, lecz nie miałem czasu na przeprosiny. Za podwórzem znajdowało się sklepione przejście. Minąwszy je, stanąłem przy tylnej bramie chanu właśnie w chwili, gdy złodziej wybiegł zza rogu.
Na mój widok zahamował tak nagle, że omal nie upadł.
— Oddaj list! — rozkazałem po arabsku.
Zamiast odpowiedzieć, rzucił kosz i sięgnął pod kaftan. Błysnęło ostrze. Nie czekałem, aż go użyje. Chwyciłem prawą ręką jego przegub, lewą zaś nacisnąłem łokieć. Nóż wypadł z dłoni. Złodziej usiłował kopnąć mnie w brzuch, lecz podciąłem mu nogę. Runął na kolana.
W tejże chwili nadbiegł Halef.
— Mam cię! — zawołał, chwytając przeciwnika za kołnierz. — Czy sądziłeś, że uciekniesz przed Hadżi Halefem Omarem, którego szybkość zawstydza gazelę, a wytrwałość…
Nie dokończył.
Z górnego okna chanu dobiegł suchy trzask. Złodziej drgnął w jego rękach i osunął się na ziemię. Na piersi, tuż pod obojczykiem, pojawiła się ciemna plama.
— Na ziemię! — zawołałem.
Pociągnąłem Halefa za stos beczek. Drugi strzał roztrzaskał deskę nad jego głową. Wyjrzałem ostrożnie. W oknie mignęła ręka z małym pistoletem automatycznym. Nie widziałem twarzy strzelca.
Wydobyłem rewolwer. Nie chciałem zabijać człowieka, którego należało przesłuchać. Gdy dłoń pojawiła się ponownie, strzeliłem w drewnianą kratę po prawej stronie. Odłamek drewna uderzył napastnika; usłyszałem okrzyk i brzęk upuszczonej broni. Zaraz potem tupot kroków oddalił się w głębi budynku.
— Zostań przy rannym! — powiedziałem.
— Pobiegnę z tobą!
— Zostań!
Ton mój nie dopuszczał sprzeciwu. Wpadłem do chanu. Wąskie schody prowadziły na galerię okalającą podwórze. Na stopniach leżał pistolet. Podniosłem go, nie zatrzymując się. Był to niewielki browning kalibru siedem i sześćdziesiąt pięć milimetra, broń łatwa do ukrycia, lecz na tak małej odległości śmiertelna.
Na galerji znalazłem krople krwi. Napastnik zranił się w rękę albo twarz odłamkiem kraty. Ślady prowadziły do pokoju, z którego drugie drzwi wychodziły na dach sąsiedniego domu. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem jedynie kilka poruszających się desek i starego człowieka, który krzyczał, że jakiś szaleniec przebiegł po jego dachu.
Strzelec miał przygotowaną drogę odwrotu. Pościg był bezcelowy.
Powróciłem na podwórze. Wokół Halefa i rannego zebrał się już tłum. Dwaj zabtie, egipscy policjanci, torowali sobie drogę kijami. Halef klęczał przy złodzieju. Jego ręce były zakrwawione.
— Żyje? — zapytałem.
— Jeszcze oddycha, ale śmierć siedzi już na jego piersi.
Pochyliłem się. Kula przeszła przez lewe płuco. Nawet najlepszy lekarz nie zdołałby go ocalić. Oczy rannego były otwarte, lecz mętniały z każdą chwilą.
— Kto strzelał? — zapytałem.
Poruszył wargami. Musiałem przybliżyć ucho.
— Es-sikka… laha ujun…
— Droga ma oczy? Jaka droga?
Palce jego zacisnęły się na moim rękawie.
— Siedem… i czterdzieści… Bwana…
Zakaszlał. Na wargach ukazała się krew.
— Bwana wa Njia? — zapytałem. — Pan Drogi?
W źrenicach pojawił się strach. Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz głowa opadła mu na bok.
Nie żył.
Starszy zabtia, człowiek o siwiejących wąsach i bystrych oczach, zażądał wyjaśnień. Pokazałem mu dokumenty oraz pistolet znaleziony na schodach. Wysłuchał mnie z niedowierzaniem.
— Twierdzisz, effendi, że strzelec chciał zabić tego człowieka, nie ciebie?
— Pierwszy pocisk trafił złodzieja. Gdyby mierzył do mnie, musiałby chybić o cztery łokcie. Drugi wystrzelił dopiero wtedy, gdy ukryłem się z przyjacielem. Chciał usunąć świadka, a potem nas.
— Widziałeś go?
— Tylko rękę. Zranił ją odłamek kraty. Jeżeli wasi ludzie obstawią wyjścia z kwartału, znajdziecie może człowieka ze świeżą raną i brakującym pistoletem.
Policjant wydał rozkazy. Następnie przeszukał odzież zabitego. Nie znalazł pieniędzy, papierów ani listu.
— A więc nie był złodziejem — stwierdził. — Nie ma przy sobie tego, co rzekomo ukradł.
— Miał dość czasu, aby ukryć list.
— Gdzie?
Zbadałem pusty kosz. Jego dno wykonano z podwójnej plecionki. Pomiędzy warstwami znajdowała się wąska kieszeń. Wyjąłem z niej zakrwawioną kopertę MacKenziego.
— Tutaj.
Zabtia przestał patrzeć na mnie jak na podejrzanego.
— Kim jesteś, effendi?
— Podróżnikiem.
— Podróżnicy nie znajdują rzeczy, których nie widzą policjanci.
— Ten znajduje — wtrącił Halef. — Jest to Kara Ben Nemzi, najsławniejszy wojownik Nemsistanu, człowiek, który czyta ślady na kamieniu, słyszy szept przez trzy ściany i potrafi trafić kulą…
— Dość, Halefie!
— Chciałem jedynie ułatwić temu mężowi sporządzenie protokółu.
Policjant spojrzał na mnie uważniej. Nazwisko moje musiało nie być mu zupełnie obce, gdyż skłonił się nieco grzeczniej. Pozwolił nam odejść, zobowiązując do stawienia się nazajutrz. Pistolet zatrzymał, ja zaś zanotowałem jego numer fabryczny. Przy trupie nie znaleziono niczego więcej, dopóki Halef nie wskazał rzemyka na szyi. Wisiał na nim okrągły mosiężny żeton.
Z jednej strony wyryto liczbę 47. Z drugiej widniał znak podobny do szyny, przełamanej pośrodku i zamkniętej w kole.
— To nie jest moneta — rzekł policjant.
— Ani ozdoba — odparłem. — Zapewne znak rozpoznawczy.
Pozwolił mi go zatrzymać za pokwitowaniem, ponieważ sam uważał przedmiot za bezwartościowy. Dla mnie wart był więcej niż zawartość niejednej sakiewki.
Gdy wyszliśmy z chanu, słońce stało już nisko. Ulica połyskiwała czerwonawym blaskiem, a długie cienie ludzi i zwierząt przecinały kurz. Halef szedł milcząc przez kilka minut. Wreszcie nie wytrzymał.
— Sihdi, człowiek ten umarł dlatego, że zabrał twój list.
— Nie. Umarł dlatego, że jego pan obawiał się jego języka.
— Pan Drogi?
— Możliwe. MacKenzie wspomniał liczbę czterdziestu siedmiu robotników. Złodziej nosił żeton z tą samą liczbą. Znał też tytuł Bwana wa Njia. List został otwarty przed dostarczeniem do hotelu, a zatem ktoś śledził go od urzędu pocztowego albo jeszcze wcześniej. Ludzie ci wiedzą, kim jestem i gdzie mieszkam.
— Niech wiedzą! — zawołał Halef. — Gdy szakal zna imię lwa, nie staje się przez to bezpieczniejszy.
— Szakal, który ma pistolet i dobrego strzelca, bywa niebezpieczny nawet dla lwa.
— Ale nie dla dwóch lwów.
— Miałem na myśli ciebie i mnie?
— Naturalnie. Chociaż gdybyśmy chcieli rzecz zważyć sprawiedliwie, powinienem być lwem większym, ponieważ to ja zauważyłem kradzież.
— A ja schwytałem złodzieja.
— Tylko dlatego, że pobiegłeś krótszą drogą.
— Którą sam znalazłem.
— Ja zaś zmusiłem go do ucieczki. Bez mojego pościgu stałbyś przy tylnej bramie aż do zachodu słońca, rozmyślając nad marnością ludzkich zamiarów.
— Zapamiętam to przy podziale nagrody.
— Jakiej nagrody?
— Tej, którą być może otrzymamy za odnalezienie MacKenziego.
Halef oburzył się.
— Czy sądzisz, że Hadżi Halef Omar naraża życie dla pieniędzy?
— Przed chwilą sam wspomniałeś o podziale.
— Uczyniłem to jedynie, aby sprawdzić szlachetność twego serca. Przekonałem się, że jest ona bez granic, skoro całą nagrodę pragniesz pozostawić mnie.
Tak rozmawiając, dotarliśmy do hotelu.
Już w korytarzu zauważyłem, że podczas naszej nieobecności ktoś wszedł do pokoju. Cienka czarna nitka, którą przed wyjściem przycisnąłem drzwiami tuż nad podłogą, leżała zerwana. Nie uczyniłem tego z obawy o zwykłych złodziei. Od chwili ujrzenia fałszywego kaleki byłem pewien, że list zainteresował nie tylko nas.
Dałem Halefowi znak, aby milczał, i otworzyłem drzwi. W pokoju nie było nikogo. Kufry stały zamknięte, broń wisiała na swem miejscu, pieniądze znajdowały się w kasetce. Przybysz szukał wyłącznie listu. Świadczył o tem przesunięty kałamarz i pył na pulpicie sekretarzyka. Nie wiedział, że dokument zabrałem z sobą.
Na dywanie, przy oknie, znalazłem ziarnko czerwonego piasku i ślad soli. Mogły pochodzić z pół tuzina dróg, więc zostawiłem je w spokoju.
Na parapecie zauważyłem drugi ślad: ledwie widoczną kroplę krwi.
— Strzelec! — szepnął Halef. — Ten, którego zraniłeś!
— Zapewne. Nie uciekł daleko, lecz wrócił przed nami, aby dokończyć zadania. Musiał znać plan hotelu i drogę przez tylne schody.
— Więc pracuje tu ktoś, kto mu pomaga.
— Tak.
Zamknąłem drzwi, wyciągnąłem mapy i rozłożyłem je na stole. Linja z Kairu biegła w górę Nilu do Asuanu. Dalej należało płynąć do Wadi Halfy, skąd pustynna kolej prowadziła przez Abu Hamed i Atbarę do Chartumu. Najkrótsza droga do Kisumu wiodłaby morzem przez Suez, Aden i Mombasę. MacKenzie wspomniał jednak Pana Drogi, a żeton znaleziony w Kairze dowodził, że sieć sięgała daleko na północ. Człowiek, który kontrolował porty i druty, spodziewałby się nas na parowcu.
Wskazałem Halefowi Nil.
— Pojedziemy do Asuanu, potem do Chartumu.
— A stamtąd?
— Przez wschodni Sudan do Abisynji. Jeżeli zdołamy, przejdziemy na południe ku Jezioru Rudolfa i stamtąd do Jeziora Wiktorji.
Halef mierzył mapę palcem. Odległość była ogromna.
— Czy istnieje tam droga?
— Miejscami.
— A w innych miejscach?
— Będziemy ją musieli odnaleźć.
Oczy mu zabłysły.
— Sihdi, Pan Drogi popełnił wielki błąd.
— Jaki?
— Nazwał się panem czegoś, czego jeszcze nie posiada. Droga należy bowiem do tego, kto pierwszy przejdzie nią mimo wszystkich nieprzyjaciół. Skoro on ma oczy w każdym porcie, my pojedziemy tam, gdzie nie ma portów. Skoro słucha drutów, będziemy milczeli. A gdy wreszcie stanie przed nami, dowie się, że ścieżka prowadząca do zguby jest zawsze krótsza od tej, która wiedzie do zwycięstwa.
— To twoje nowe przysłowie?
— Tak.
— Jest nieco za długie.
— Wielka mądrość nie mieści się w małem naczyniu.
Nie odpowiedziałem. Mały hadżi był tak zadowolony z nowego przysłowia, że każda uwaga z mej strony mogłaby je tylko przedłużyć. Złożyłem mapę, lecz nie schowałem jej odrazu. Należało jeszcze ustalić, w jaki sposób opuścimy Kair, nie oznajmiając o tem człowiekowi, który posiadał klucz do naszego pokoju i oczy na poczcie.
Rozmowę prowadziliśmy po arabsku, używając narzecza mogrebińskiego, którem Halef władał od czasów naszych pierwszych wędrówek po Saharze. Mowa ta różniła się tak bardzo od kairskiej, że nawet Arab z nad Nilu, słysząc nas przez drzwi, pochwyciłby najwyżej pojedyncze słowa.
— Teraz przygotowania — rzekłem.
— Jestem gotów.
— Nie spakowałeś jeszcze ani jednej rzeczy.
— Wojownik, który ma serce, szablę i przyjaciela, posiada wszystko, czego potrzebuje.
— Zapomniałeś o pieniądzach.
— Pieniądze są rzeczą tak małą, że możesz nieść je ty.
Podszedłem do drzwi i obejrzałem zamek. Nie było na nim najmniejszej rysy. Przybysz nie posłużył się wytrychem, lecz właściwym albo dorobionym kluczem. W hotelu przechowywano zapasowe klucze w oszklonej szafce obok biura zarządcy. Żaden obcy nie mógł ich dostać bez pomocy służącego.
Nie zadzwoniłem. Człowiek nasłuchujący naszych kroków spodziewałby się tego. Otworzyłem drzwi nagle. Korytarz był pusty, ale przy zakręcie poruszyła się kotara, choć wszystkie okna pozostawały zamknięte.
— Zostań tutaj — szepnąłem.
— Dlaczego?
— Ponieważ jeden z nas musi pilnować listu.
— Daj mi list, a pójdziemy obaj.
— Wtedy nikt nie będzie pilnował pokoju.
— Niech pilnuje go ten, kto wszedł tu przed nami. Zna przecież drogę.
Mimo tej uwagi pozostał. Zszedłem tylnemi schodami na dziedziniec kuchenny. Pomiędzy koszami jarzyn siedział chłopiec czyszczący mosiężne naczynia. Dałem mu piastra i poleciłem odszukać Selima ibn Hassana, starego dragomana, który mieszkał w pobliżu Ezbekije. Znałem go z dawniejszego pobytu w Kairze. Miał tę rzadką zaletę, że umiał milczeć także wtedy, gdy płacono mu za mówienie.
Chłopiec wybiegł bramą dla dostawców. Ja tymczasem udałem się do biura i poprosiłem zarządcę, aby pokazał mi szafkę z kluczami. Uczynił to z niechęcią człowieka, który uważa każde pytanie gościa za zarzut przeciw całemu zakładowi.
— Klucza do pańskiego numeru nikt dziś nie brał — zapewnił.
— Czy może pan dowieść, że wszystkie znajdują się na miejscu?
Otworzył szafkę. Na haczyku oznaczonym numerem mego pokoju wisiał istotnie klucz. Był jednak jaśniejszy od pozostałych, a w rowkach pozostały drobiny świeżego wosku.
— Ten klucz odciskano — powiedziałem.
Zarządca pobladł.
— To niemożliwe!
— Niemożliwe rzeczy zdarzają się najczęściej w hotelach, które pragną uchodzić za doskonałe. Kto pilnował szafki pomiędzy południem a trzecią?
Przywołano służącego imieniem Ibrahim. Był to wysoki, chudy fellach o oczach tak ruchliwych, że zdawały się uciekać przed każdem pytaniem, zanim jeszcze zostało wypowiedziane. Twierdził, że nie opuszczał biura. Na prawym rękawie miał jednak smugę mąki, a na sandale przyklejony listek pietruszki.
— Byłeś w kuchni — rzekłem.
Zaprzeczył. Wskazałem mu rękaw i sandał. Wtedy przyznał, że zszedł tylko na chwilę napić się wody. Za pozostawienie szafki bez dozoru otrzymał od nieznajomego dwa funty. Nie wydał mu klucza; obcy wszedł do biura dopiero wówczas, gdy Ibrahim stał już na schodach. Opis odpowiadał fałszywemu kalece.
Zarządca chciał wezwać policję. Nie pozwoliłem. Ibrahim był chciwy, lecz nie należał do ludzi Pana Drogi. Przestraszony mógł nam się przydać więcej niż zamknięty.
— Jeżeli nieznajomy powróci, powiesz mu, że jutro przed południem odjeżdżamy do Suezu — poleciłem. — Nasze wielkie kufry zostaną wysłane wcześniej. Jeżeli jednak wspomnisz o tej rozmowie komukolwiek innemu, policja dowie się nie tylko o dwóch funtach, lecz także o tem, że pozostawiłeś klucze bez dozoru.
Ibrahim przyrzekł wszystko, czego od niego żądaliśmy, i zapewne jeszcze więcej, gdyby mu dano sposobność.
Po powrocie do pokoju opowiedziałem Halefowi o wyniku przesłuchania.
— Powinieneś był oddać go mnie — rzekł. — Człowiek bity mówi prawdę szybciej.
— Ale nie zawsze tę prawdę, którą chcemy poznać.
— Bije się więc dopóty, dopóki nie wybierze właściwej.
W tej chwili rozległo się umówione, potrójne pukanie. Przybył Selim. Wpuściłem go, nie otwierając drzwi szerzej, niż było trzeba. Postarzał się od czasu naszego ostatniego spotkania, ale jego bystre oczy nie zmieniły się wcale.
— Potrzebuję dwóch biletów do Asuanu na pociąg odchodzący jutro wieczorem — powiedziałem. — Miejsca mają znajdować się w wagonie sypialnym. Nie użyjesz telefonu ani telegrafu i nie wymienisz mego nazwiska.
— Czy mam kupić bilety osobiście?
— Nie. Poślesz po nie człowieka, którego zwykle nie zatrudniasz. Potem obserwuj, czy ktoś go śledzi. Jeżeli tak, nie próbuj zgubić śledzącego. Pozwól mu zobaczyć, z kim się spotykasz po załatwieniu sprawy, lecz nie prowadź go tutaj.
Halef słuchał z coraz większem niezadowoleniem.
— Dlaczego nie pójdę po bilety ja? — zapytał, gdy Selim odszedł.
— Ponieważ człowieka twojego wzrostu, uzbrojonego w szablę niemal równie długą jak on sam, zapamiętuje się łatwiej niż zwyczajnego dragomana.
Nie uznał tego wyjaśnienia za pochlebne, ale nie mógł odmówić mu słuszności. Aby poprawić sobie humor, rozpoczął pakowanie. Czynił to w sposób osobliwy: każdą rzecz, której nie potrzebował, wkładał do mego kufra, każdą zaś niezbędną odkładał na łóżko, aby, jak twierdził, mieć ją pod ręką. Po kwadransie mój kufer był pełny jego zapasowych pasów, pantofli, woreczków z tytoniem i amuletów, podczas gdy własny pozostawał pusty.
Zabraliśmy oba rewolwery, sztucer Henry’ego i ciężką rusznicę niedźwiedzią. Strzelby umieściliśmy w zwyczajnych futerałach podróżnych; amunicję rozdzieliłem między dwa zamknięte pudła. Halef odmówił schowania szabli.
— Jeżeli kolej nie pozwala wojownikowi mieć broni przy boku, kolej jest urządzeniem dla niewolników.
— W takim razie pojedziesz pieszo.
— Kolej uczyni zatem wyjątek.
Dwa największe kufry, zawierające wyłącznie odzież, oddałem do hotelowego składu pod innem nazwiskiem. Trzeci, prawie pusty, kazałem nazajutrz rano ostentacyjnie wysłać w stronę Suezu. Nasz właściwy bagaż wyniesiono nocą przez dziedziniec kuchenny i umieszczono u Selima. Gdyby Pan Drogi miał istotnie oczy przy wszystkich wyjściach, każde z nich powinno było pokazać mu coś innego.
Selim powrócił przed południem następnego dnia. Przyniósł bilety oraz wiadomość, która interesowała mnie bardziej od nich. Człowieka wysłanego na dworzec śledził Europejczyk w ciemnych okularach i czerwonym fezie. Nie kulał. Lewą rękę trzymał przez cały czas w kieszeni. Po odejściu posłańca wypytywał kasjera, dokąd wystawiono bilety.
— Czy kasjer mu odpowiedział? — zapytałem.
— Nie wiem. Widziałem ich tylko z drugiego końca hali.
— A potem?
— Nieznajomy pojechał dorożką ku staremu miastu.
Był to niewątpliwie ten sam człowiek, którego odłamek kraty zranił w chanie. Mógł sądzić, że go nie rozpoznałem, gdyż nie widziałem jego twarzy. Pozwoliłem mu zachować to przekonanie.
Po południu wypoczywaliśmy pozornie w ogrodzie hotelowym. Ibrahim przeszedł obok nas dwa razy, za trzecim zaś skinął nieznacznie głową. Fałszywy kaleka otrzymał wiadomość o kufrach wysłanych do Suezu. Nie wiedziałem tylko, czy uwierzył w nią on, czy też jego mocodawca.
Tegoż dnia o zachodzie słońca opuściliśmy hotel bocznem wyjściem i pojechaliśmy na dworzec dorożką Selima. Nasz bagaż czekał już w przechowalni. Lokomotywa syczała, wagony napełniały się podróżnymi, a tragarze biegali po peronie, wołając i potrącając się nawzajem. Sprzedawcy wody, owoców i gazet przeciskali się pomiędzy nimi, wielbiąc swe towary z takim zapałem, jak gdyby od kupienia jednej pomarańczy zależało zbawienie całego Egiptu.
Halef kłócił się z konduktorem, który nie chciał wpuścić jego szabli do wagonu sypialnego. Spór przybrał już rozmiary międzynarodowe. Według Halefa obrażono bowiem nietylko jego, lecz także wszystkich Haddedihnów, ich przodków, potomków i wielbłądy. Konduktor rozumiał z tego jedynie słowo „bakszysz”, którego Halef właśnie nie użył.
Musiałem zakończyć zatarg monetą oraz zapewnieniem, że szabla pozostanie w pochwie. Dopiero wtedy zajęliśmy przedział. Nie spuszczałem jednak z oka peronu.
W chwili gdy pociąg miał ruszyć, ujrzałem człowieka w europejskim ubraniu i czerwonym fezie. Spod nakrycia głowy wystawały rude faworyty. Nie kulał. Lewą dłoń miał jednak owiniętą świeżym białym bandażem.
Wskoczył do wagonu stojącego bezpośrednio za naszym.
Rozległ się gwizdek. Koła drgnęły i pociąg ruszył w ciemność, w górę Nilu.
Rozdział drugi
ZNAK ZŁAMANEJ SZYNY
Kto zamierza śledzić człowieka w pociągu, znajduje się w położeniu zarazem dogodnem i przykrem. Dogodnem, gdyż ofiara nie może opuścić wagonu bez jego wiedzy; przykrem, ponieważ on sam również pozostaje zamknięty w długiem pudle, którego drzwi otwierają się tylko na kilku stacjach. Człowiek przezorny potrafi skorzystać z pierwszej okoliczności. Głupiec zaś sądzi, że żelazne ściany zastąpią mu ostrożność.
Nieznajomy z obandażowaną ręką należał prawdopodobnie do pierwszego rodzaju. Wskoczywszy do wagonu, nie ukazał się już na korytarzu. Miał jednak wspólników.
Przekonałem się o tem, zanim jeszcze minęliśmy południowe przedmieścia Kairu. Idąc do wagonu restauracyjnego, spotkałem wysokiego Europejczyka o rudawych faworytach. Fez zastąpił miękkim kapeluszem, a bandaż ukrył pod jasnoszarą rękawiczką, która na lewej dłoni wydawała się nieco za ciasna. Cofnął się uprzejmie, aby mnie przepuścić, lecz uczynił to w stronę przeciwną niż człowiek przywykły do ruchu prawostronnego. Był Anglikiem albo długo przebywał w kraju angielskim. Mimo to nosił niemieckie buty marszowe i laskę z główką przedstawiającą pruskiego orła.
Za nim szedł drugi, mniejszy i znacznie grubszy. Miał twarz ogorzałą, jakiej nie zdobywa się przy biurku, oraz paznokcie zabarwione na żółto od tytoniu. Powiedział do towarzysza kilka słów po francusku, lecz z akcentem syryjskim.
Obaj spojrzeli na mnie zbyt krótko.
Zanim dotarłem do wagonu restauracyjnego, przeszedłem prawie przez cały skład. Różnice pomiędzy wagonami były większe niż pomiędzy niejednemi dzielnicami miasta. W pierwszej klasie dwóch angielskich urzędników czytało gazety, jak gdyby od Kairu aż po Asuan nie istniało nic godnego spojrzenia poza drukiem. W drugiej jechali kupcy koptyjscy, grecki lekarz, rodzina syryjska i kilku oficerów. Dalej ludzie siedzieli na ławach, skrzyniach i własnych tobołkach. Fellachowie wieźli kury, Nubijczycy kosze, a jeden starzec trzymał na kolanach koźlę, które co pewien czas beczało z niezadowoleniem bardziej wymownem od skargi pasażera.
Pomiędzy wagonami wisiały tablice z przepisami w kilku językach. Halef stał przed jedną z nich i przyglądał się literom z miną człowieka obrażonego przez pismo.
— Co tu napisano? — zapytał.
— Że nie wolno wychylać się przez okno, przechodzić pomiędzy wagonami podczas jazdy, używać otwartego ognia ani zatrzymywać pociągu bez ważnego powodu.
— A więc zabroniono wszystkiego, co może okazać się potrzebne uczciwemu podróżnemu.
— Uczciwy podróżny siedzi na miejscu.
— W takim razie kolej została zbudowana dla ludzi bez przygód.
Konduktor, który usłyszał podniesiony głos, przystanął przy nas. Mówił po angielsku. Zwrócił uwagę na szablę Halefa i wyjaśnił, że broń nie może zagradzać przejścia. Przetłumaczyłem.
— Powiedz mu, że szabla zagradza drogę tylko wrogowi — odparł mały hadżi. — Przyjaciel może przejść bez obawy.
— Regulamin nie rozróżnia przyjaciół od wrogów.
Halef popatrzył na konduktora ze współczuciem.
— Oto nieszczęście Franków! Piszą tyle przepisów, że nie pozostaje im czasu poznać człowieka.
Przesunął szablę na drugą stronę i tym sposobem zakończył spór, zanim zdążyłem użyć bardziej przekonującego argumentu.
Na ścianie obok rozkładu jazdy znajdował się barwny afisz przedsiębiorstwa Marston African Transit. Przedstawiał lokomotywę, parowiec i rząd wozów jadących przez sawannę. Pod spodem wypisano: „Jedna odpowiedzialność od morza do wnętrza lądu”. Nazwisko znałem już z listu MacKenziego. Afisz głosił, że firma posiada biura w Kairze, Adenie, Mombasie, Nairobi i Kapsztadzie.
— Wielkie przedsiębiorstwo — zauważyłem.
— Wielkie rzeczy rzucają wielki cień — odpowiedział Halef. — Czy człowiek, który ma biuro w tylu miastach, potrafi siedzieć spokojnie choć w jednem?
Nie przywiązałem do jego słów znaczenia. W Afryce działali dziesiątki przewoźników, którzy na afiszach posiadali więcej biur niż w rzeczywistości wozów.
Człowiek obojętny patrzy albo nie patrzy wcale. Ten, kto pragnie ukryć zainteresowanie, odwraca oczy o ułamek sekundy za wcześnie. Pozdrowiłem ich po francusku. Gruby odpowiedział odruchowo; wysoki udał, że nie słyszy.
W wagonie restauracyjnym zamówiłem herbatę. Nie piłem jej jednak. W szybie okna, zamienionej przez noc w ciemne zwierciadło, zobaczyłem obu mężczyzn, którzy zajęli stolik za memi plecami. Rozmawiali tak cicho, że turkot kół zagłuszał słowa. Jeden raz dobiegło mnie tylko imię „Nadżib”.
Po kilku minutach wyszedłem i wróciłem do przedziału.
Halef siedział na dolnem posłaniu, trzymając szablę na kolanach. Na stole leżały daktyle, chleb, nóż, trzy amulety, pudełko nabojów i jedna z jego żółtych pantofli.
— Co robisz? — zapytałem.
— Porządkuję bagaż.
— Widzę. Dlaczego pantofel leży obok nabojów?
— Ponieważ naboje są twarde, a pantofel miękki. Rzeczy przeciwne powinny leżeć razem, aby jedna uczyła się od drugiej.
— W takim razie połóż rozum obok swego języka.
— Nie mogę. Rozum mam w głowie, język zaś znajduje się zbyt daleko od niego, aby go przenosić bez potrzeby.
Usiadłem naprzeciw niego.
— W wagonie restauracyjnym są dwaj ludzie, którzy nas obserwują. Jeden jest Europejczykiem, drugi Syryjczykiem albo Lewantyńczykiem. Wspomnieli imię Nadżib.
— Zatem pójdę i zapytam, kim jest ten Nadżib.
— Wtedy odpowiedzą ci zapewne, że nie znają nikogo tego imienia.
— Będę pytał tak długo, aż sobie przypomną.
— Lepiej pozwól, aby sami nam go pokazali.
Wyjąłem z wewnętrznej kieszeni list MacKenziego. Prawdziwy dokument zawinąłem wcześniej w natłuszczone płótno i wsunąłem pod podszewkę pasa. Koperta, którą pokazałem Halefowi, zawierała kopję. Przepisałem zwykłą treść, lecz ominąłem nakłucia i zmieniłem kilka nazw. Kto ją ukradnie, dowie się, że zamierzamy w Asuanie wsiąść na parowiec jadący z powrotem ku Kairu.
— Położymy ją w kuferku — rzekłem.
— A potem będziemy patrzeć, jak ją kradną?
— Będziemy patrzeć, kto spróbuje.
— To znacznie mniej przyjemne niż schwytanie go odrazu.
— Ale bardziej pożyteczne.
Mały hadżi westchnął tak ciężko, jak gdybym zażądał od niego wyrzeczenia się całej sławy wojennej. Pomógł mi jednak przygotować pułapkę. Kopertę umieściliśmy w małym drewnianym kuferku. Pod wiekiem położyłem cienką warstwę sadzy zdjętej z lampy, a do zamka wprowadziłem krótki włos. Każdy, kto go otworzy, pozostawi ślad na palcach i nie zdoła odtworzyć położenia włosa.
Pociąg przyspieszał. Za oknami przesuwały się ciemne palmy, płaskie dachy wsi i srebrzyste pasma kanałów. Dalej, po drugiej stronie żyznej doliny, pustynia leżała pod gwiazdami jak olbrzymia, nieruchoma skóra lwa.
Konduktor przyszedł obejrzeć bilety. Towarzyszył mu szczupły mężczyzna w ciemnym surducie i czerwonym fezie. Nie był to człowiek z bandażem. Miał czarną, starannie przyciętą brodę i pierścień z zielonym kamieniem.
— Ten pan pyta, czy nie zgodzilibyście się zamienić przedziału — oznajmił konduktor po francusku. — Podróżuje z chorym bratem i chciałby mieć dwa miejsca obok siebie.
— Gdzie znajduje się jego przedział? — zapytałem.
— W następnym wagonie.
Mężczyzna skłonił się.
— Brat mój cierpi na rękę — wyjaśnił. — Każdy wstrząs sprawia mu ból.
— Przykro mi, lecz mój przyjaciel również jest chory.
Halef wyprostował się gwałtownie.
— Ja?
Spojrzałem na niego znacząco.
— Cierpisz na dolegliwość, która nie pozwala ci sypiać w obcym przedziale.
— Ach, ta choroba! — odparł natychmiast. — Jest straszna. Gdy śpię wśród ludzi, których nie znam, chwytam czasem przez sen za szablę. Rano zaś budzą się oni bardzo bladzi albo nie budzą się wcale.
Syryjczyk cofnął się o pół kroku.
— W takim razie nie nalegam.
Odszedł wraz z konduktorem.
— To był Nadżib — powiedziałem.
— Skąd wiesz?
— Na pierścieniu miał wyryte te litery arabskie. Ponadto chorym bratem nazwał naszego człowieka z bandażem. Chciał dostać się do tego przedziału albo przynajmniej obejrzeć zamek.
— Pozwól mi zachorować naprawdę na moją chorobę!
— Jeszcze nie.
Przez pierwsze dwie godziny nic się nie wydarzyło. W Beni Suef pociąg zatrzymał się dłużej. Na peronie zapalono lampy, przekupnie podnosili ku oknom dzbany z wodą i kosze jaj, a podróżni wychodzili, aby rozprostować nogi. Uczyniłem to samo. Halef pozostał w przedziale z poleceniem udawania snu.
Nie odszedłem daleko. Stanąłem przy lokomotywie i rozmawiałem z maszynistą o stanie toru. Z miejsca tego widziałem odbicie naszego wagonu w wypolerowanej blasze wózka pocztowego. Nadżib wysiadł, kupił kiść winogron i zawrócił. Mijając nasz przedział, potknął się pozornie. Dłoń jego dotknęła klamki tylko na sekundę.
Potem ruszył dalej.
Gdy wróciłem, Halef nadal siedział z zamkniętemi oczami.
— Spałeś? — zapytałem.
— Tak głęboko, że policzyłem wszystkie kroki tego człowieka. Dotknął zamka i wsunął coś pomiędzy drzwi a framugę.
Była to cienka drzazga. Jeśli drzwi zostaną otwarte, wypadnie. Nadżib chciał więc dowiedzieć się, czy opuszczaliśmy przedział.
— Teraz możemy zasnąć naprawdę — rzekłem.
— A jeśli przyjdą?
— Otóż to.
Nie rozebrałem się. Rewolwer położyłem pod kocem, a poduszkę tak ułożyłem, aby z korytarza przypominała głowę śpiącego. Sam wsunąłem się pod dolne posłanie. Halef, któremu przypadło miejsce górne, oświadczył, że żaden wojownik Haddedihnów nie chowa się pod łóżkiem. Ułożył się więc za drzwiami i przykrył płaszczem.
Minęła północ. Pociąg stawał na małych stacjach, ruszał, dudnił po mostach i kołysał się na łagodnych łukach. Raz usłyszałem kroki konduktora. Potem wszystko ucichło.
Wreszcie drzazga spadła.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie. Do przedziału wsunęła się ręka. Nie była obandażowana. W palcach trzymała małe narzędzie podobne do szczypiec. Człowiek wszedł, przyklęknął przy kuferku i wyjął z kieszeni klucz.
Pozwoliłem mu otworzyć zamek.
W tej samej chwili Halef zrzucił płaszcz i skoczył. Przybysz odwrócił się błyskawicznie. Zamiast uciekać, rzucił na podłogę niewielką szklaną bańkę. Rozległ się trzask; buchnął gryzący dym.
— Ogień! — zawołał po francusku.
Był to dobry podstęp. Dym i krzyk miały wywabić podróżnych, a jemu otworzyć drogę. Nie przewidział jednak Halefa, który nie cofał się przed niczem, jeżeli mógł kogoś schwytać. Mały hadżi rzucił się naprzód, lecz pośliznął na odłamkach szkła. Nieznajomy przesadził go i wybiegł.
Ruszyłem za nim. Na korytarzu panował półmrok. Uciekinier był już przy przejściu pomiędzy wagonami. Nadżib otworzył mu drzwi od drugiej strony.
Strzelić nie mogłem. Wagon kołysał się, a za cienką ścianą spali ludzie. Chwyciłem linkę hamulca bezpieczeństwa, lecz jej nie pociągnąłem. Zamiast tego zerwałem zasłonę okienną i rzuciłem ją pod nogi Nadżiba. Syryjczyk zaplątał się w materiał. Uciekinier zdołał jednak przeskoczyć do następnego wagonu i zatrzasnął drzwi.
Schwyciłem Nadżiba za kark.
— Puść mnie! — krzyknął. — To nie ja! Tamten człowiek chciał podpalić wagon!
— A ty otworzyłeś mu drzwi, aby dym mógł swobodnie przejść dalej?
Nadbiegał konduktor, za nim zaś podróżni w nocnych strojach. Halef wyjrzał z naszego przedziału, trzymając szklankę wody.
— Ogień już zgasł! — zawołał. — Był tak mały, że utonął w jednej szklance.
Istotnie, bańka zawierała mieszaninę wydającą wiele dymu, lecz mało płomienia. Dywan został osmalony, nic więcej. Nadżib powtarzał swoją historję. Zmienił ją dopiero wtedy, gdy pokazałem czarną sadzę na jego palcach.
Zanim zdołaliśmy zamknąć drzwi, korytarz napełnił się ludźmi. Angielski urzędnik pojawił się w nocnej czapce i z teczką przyciśniętą do piersi; grecki lekarz przyniósł torbę, choć nie było rannych; syryjska matka wołała dzieci, z których jedno spało nadal pomimo krzyków. Z dalszego wagonu przedostał się także starzec z koźlęciem. Zwierzę, poczuwszy dym, wyrwało mu się i wbiegło do naszego przedziału.
Halef pochwycił je jedną ręką, drugą trzymając szablę.
— Kto zgubił to stworzenie?
— Najpierw schowaj broń! — zawołał konduktor.
— Gdyby twoje wagony miały dość wyjść, nie musiałbym bronić kozy przed zadeptaniem!
— To kozioł — poprawił go właściciel po arabsku.
— W ogniu wszyscy są sobie równi.
Zamieszanie nie było śmieszne dla ludzi, którzy uwierzyli w pożar. Dwóch próbowało otworzyć okno, inny szarpał hamulec bezpieczeństwa, a kobieta upuściła lampę. Zgasiłem ją płaszczem, nim oliwa zajęła wykładzinę. Fałszywy alarm omal nie wywołał prawdziwego pożaru. Tak właśnie działa dobry podstęp: nie musi sam wykonać całej pracy, jeśli potrafi zmusić przerażonych ludzi, by dokończyli ją za sprawcę.
Kazałem konduktorowi przeprowadzić podróżnych do sąsiedniego wagonu i dopiero wówczas zbadałem podłogę. Odłamki bańki leżały przy drzwiach, ale jedna smuga dymiącej cieczy prowadziła ku kufrowi. Napastnik rzucił naczynie tak, abyśmy patrzyli w dół i w stronę korytarza, podczas gdy Nadżib klęczał przy zamku.
— Otworzyłeś kuferek — rzekłem. — W zamku znajdował się włos. Leży teraz na podłodze. Na wewnętrznej stronie wieka była sadza. Nie mogłeś jej dotknąć, ratując nas przed ogniem, ponieważ ognia tam nie było.
— Chciałem tylko zobaczyć, czy list jest bezpieczny.
— Skąd wiedziałeś o liście?
Zamilkł.
Przeszukaliśmy go w obecności konduktora. Miał bilet do Asuanu, wytrych, trzy funty angielskie, małą fiolkę z naftą i kartkę, na której napisano jedynie: „Nubia, kurs trzeci, pokład dolny”. Pod słowami widniał rysunek koła przeciętego dwiema kreskami. Nie była to jeszcze złamana szyna, lecz podobieństwo nie mogło być przypadkowe.
Nie znaleźliśmy broni. To również mówiło wiele. Człowiek wysłany tylko po dokument nie miał walczyć; wspólnik z bandażem miał zapewne pilnować odwrotu.
Kiedy konduktor odprowadził Nadżiba, wróciłem do kuferka. Koperta zniknęła, lecz na mosiężnej krawędzi zamka pozostała cienka warstwa szarego wosku. Nadżib nie tylko otworzył schowek. Odcisnął zamek albo klucz, aby można było później dorobić narzędzie pasujące do większej kasety podróżnej, której używałem do dokumentów. W zamieszaniu zwyciężył więc podwójnie: zabrał przygotowane przeze mnie kłamstwo i zdobył sposób wejścia do miejsca, gdzie spodziewał się znaleźć prawdę.
Starłem część wosku, resztę pozostawiając. Jeżeli spróbuje użyć dorobionego klucza, lepiej, aby sądził, że nie dostrzegłem drugiego celu.
Konduktor chciał zamknąć Nadżiba w przedziale służbowym i oddać policji w Luksorze. Zgodziłem się. Syryjczyk nie wiedział prawdopodobnie dość, aby warto było przesłuchiwać go natychmiast. Ważniejszy był człowiek, który uciekł.
Udaliśmy się do następnego wagonu. Przedział zajmowany przez rzekomo chorego brata był pusty. Na stoliku leżał przecięty bandaż, a okno pozostawało otwarte. Człowiek nie wyskoczył jednak z jadącego pociągu. Pomiędzy wagonami znajdowało się przejście do części bagażowej; tam musiał się ukryć.
Przeszukano ją starannie. Znaleziono tylko worki pocztowe, walizy i sześć wielkich skrzyń okutych żelazem. Na każdej wypalono napis: „Narzędzia rolnicze. A. el Latif, Gedaref”. Plomby były nienaruszone.
Nie znalazłszy człowieka, wróciliśmy do siebie. Kopja listu zniknęła. Sprawca zdołał zabrać ją przed rzuceniem bańki.
— A więc zwyciężył — rzekł Halef ponuro.
— Przeciwnie. Ma wiadomość, którą sam dla niego napisałem.
— Czyli zamierzasz go okłamać za pomocą prawdy, która nie jest prawdą?
— Tak.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego Frankowie wynaleźli tyle książek. Potrzebują ich, aby zapisywać wszystkie odmiany swych kłamstw.
O świcie pociąg wjechał pomiędzy zielone pola Górnego Egiptu. W świetle poranka Nil połyskiwał po naszej prawej stronie, a za nim ciągnęły się nagie, różowawe skały. Fellachowie pracowali przy kołach wodnych, bawoły stały po brzuchy w kanałach, dzieci zaś biegły ku torowi i machały rękami. Widok był spokojny; tylko zamknięte drzwi przedziału służbowego przypominały o nocnych wydarzeniach.
W Luksorze mieliśmy dłuższy postój. Policjant kolejowy odebrał Nadżiba. Syryjczyk przechodząc obok mnie, spojrzał ku skrzyniom w wagonie bagażowym. Było to krótkie spojrzenie, lecz nie uszło mej uwagi.
Kiedy znalazł się przy schodkach, zatrzymał się i poprosił policjanta o łyk wody. Zamiast pić, nachylił się ku mnie.
— W Asuanie sprawdzą wasze nazwiska — szepnął po arabsku. — Nie bagaż. Nazwiska.
— Kto?
— Ludzie, którzy mają pieczęcie celników.
Policjant pociągnął go za ramię. Nadżib zdążył jeszcze powiedzieć:
— Mój brat naprawdę jest chory. Tylko nie jedzie tym pociągiem.
Kazałem go zatrzymać. Zawiadowca oburzył się, lecz policjant pozwolił mi zadać trzy pytania w swym biurze. Nadżib nie był niewinnym ostrzegającym, za którego pragnął uchodzić. Otworzył kuferek, zabrał list i pomagał człowiekowi z bandażem. Uczynił to jednak dlatego, że dwa dni wcześniej pewien agent zapłacił lekarzowi opiekującemu się jego młodszym bratem, a potem zagroził cofnięciem leczenia.
— Mogłeś przyjść do mnie w Kairze — powiedziałem.
— Znałem pańskie nazwisko z opowieści. Nie znałem pańskiego słowa. Znałem zaś adres brata i nóż człowieka, który mi go pokazał.
— Kim był agent?
— Europejczykiem. Rudym przy skroniach. Raz mówił jak Anglik, raz jak człowiek z Kapsztadu. Obracał papierosa między palcami, zanim zapalał.
Opis zgadzał się z podróżnym o zabandażowanej ręce. Nadżib nie znał nazwiska. Wiedział tylko, że skrzynie w Luksorze przejmie gruby człowiek zwany Braunem, a w Asuanie do wagonu wejdzie urzędnik z listą pasażerów. Nie żądał uwolnienia. Prosił, aby wiadomość o aresztowaniu nie trafiła do Kairu przed następnym rankiem.
Nie mogłem mu tego obiecać. Poprosiłem jednak policjanta, by w depeszy napisał „zatrzymany pod zarzutem kradzieży kolejowej”, bez podawania miejsca zamieszkania. Prawo nie przestawało obowiązywać dlatego, że Nadżib działał ze strachu. Lecz prawo nie powinno pomagać szantażyście znaleźć jego rodzinę.
— Ufa mu? — zapytał Halef, gdy wyszliśmy.
— Ufam szczegółom, które możemy sprawdzić. Nie temu, co chciałby o sobie sądzić.
— A więc człowiek może być winny i jednocześnie powiedzieć prawdę.
— Najczęściej właśnie tacy ludzie mówią prawdy najbardziej użyteczne.
Postój trwał prawie godzinę. Lokomotywę odczepiono, aby nabrała wody, a na jej miejsce podprowadzono małą maszynę manewrową. Peron zapełnił się ludźmi szybciej, niż pustynne koryto napełnia się po ulewie. Tragarze biegli z walizami na głowach, przewodnicy zachwalali osły, sprzedawcy wciskali do okien wodę, owoce i pocztówki przedstawiające ruiny, które w zapadającym zmroku majaczyły po drugiej stronie pól. Ponad palmami widać było ciemne zarysy wzgórz i samotną kolumnę, a pomiędzy nimi a stacją sunęły szeregi turystów, mieszkańców i zwierząt.
Taki tłum był dla człowieka śledzącego zarazem przeszkodą i pomocą. Każdy ruch można było ukryć, lecz nie dało się przeprowadzić ciężaru bez udziału innych. Poleciłem Halefowi obserwować Europejczyka, sam zaś obszedłem wagon bagażowy. Plomba na głównych drzwiach pozostała nienaruszona. Boczne drzwi otwierano jednak dla poczty, a klucz posiadało trzech ludzi: konduktor, urzędnik stacyjny i człowiek w granatowej kurtce, którego nikt nie znał.
Zapytałem o niego zawiadowcę.
— To pracownik poczty — odpowiedział.
— Jak się nazywa?
Zawiadowca odwrócił się ku miejscu, gdzie człowiek przed chwilą stał. Granatowej kurtki już nie było.
— Przysłano go zapewne z biura.
— Biuro znajduje się po drugiej stronie stacji. Dlaczego więc niósł klucz kolejowy?
Nie umiał odpowiedzieć. Zanim zdążyliśmy wszcząć poszukiwanie, prawdziwy urzędnik pocztowy przybiegł z pytaniem, kto otworzył jego wagon. Ktoś wykorzystał podobny mundur i kilka pewnych ruchów, aby wykonać pracę na oczach kilkudziesięciu ludzi. W tłumie najbardziej niewidzialny bywa nie człowiek ukryty, lecz taki, który wygląda, jak gdyby miał prawo wydawać polecenia.
Obejrzałem boczne drzwi. Zamek nie nosił śladów wytrycha. Fałszywy pracownik musiał posiadać prawdziwy albo dorobiony klucz. Była to ta sama metoda, którą zastosowano w hotelu, i pierwszy znak, że nie ścigaliśmy przypadkowej grupy złodziei. Ktoś zbierał klucze, mundury, formularze i zwyczaje ludzi tak starannie, jak inni zbierają broń.
Rudawy Europejczyk wysiadł wraz z grubym towarzyszem. Ten drugi zajął się bagażem. Pierwszy przeszedł przez peron i zniknął pomiędzy dorożkami.
— Ten ucieka — szepnął Halef.
— Nie. Ucieka człowiek, który ma powód oglądać się za siebie. On nie obejrzał się ani razu.
— Więc pójdę za nim.
— Idź. Nie zbliżaj się jednak i wróć przed odjazdem.
Halef zniknął w tłumie. Ja udałem się ku skrzyniom. Gruby Europejczyk rozmawiał z kolejarzem po arabsku. Dowiedziałem się, że nazywa się Braun, jest poddanym austriackim i towarzyszy kupcowi Abd el Latifowi. Skrzynie miały być przeładowane w Asuanie na statek do Wadi Halfy.
— Narzędzia rolnicze? — zapytałem uprzejmie.
— Pługi, lemiesze i części pomp — odpowiedział. — Sudan potrzebuje wody bardziej niż polityków, a posiada więcej polityków niż pomp.
Była to uwaga rozsądna. Sam Braun podobał mi się jednak tem mniej, im rozsądniej mówił. Na prawym mankiecie miał czarną smugę. Mogła pochodzić z węgla, sadzy albo wnętrza naszego kuferka.
— Pański towarzysz wysiadł? — zapytałem.
— Nie mam towarzysza.
— Człowiek z rudemi faworytami siedział z panem w wagonie restauracyjnym.
— W pociągu wolno jadać z ludźmi, których się nie zna.
— Oczywiście. Wolno także zaprzeczać znajomości, jeżeli wysiądą zbyt nagle.
Odwrócił się i polecił tragarzom nie dotykać plomb. Rozmowa była skończona.
Halef wrócił w ostatniej chwili. Biegł wzdłuż peronu, trzymając pod pachą długi zwój maty.
— Gdzie byłeś? — zapytałem, gdy wskoczył do wagonu.
— Śledziłem człowieka z rudą brodą, aż wszedł do biura przewozowego. Potem ujrzałem coś ważniejszego.
Rozwinął matę. Wewnątrz leżał niewielki drewniany klin, oznaczony wypalonym kołem i złamaną kreską.
— Skąd to masz?
— Ze skrzyni.
— Otworzyłeś ją?
— Ja nie. Tragarz upuścił jedną, a deska pękła. Wysypały się żelazne części i kilka takich klinów. Człowiek gruby kazał je natychmiast zebrać. Jeden potoczył się pod matę. Podniosłem więc i klin, i matę, aby nikt nie mógł powiedzieć, że ukradłem tylko jedno.
Obejrzałem przedmiot. Nie był częścią pługa ani pompy. Takich klinów używano przy pakowaniu skrzyń z karabinami, aby broń nie przesuwała się w drodze. Na drewnie pozostała również tłusta plama po smarze rusznikarskim.
— Dobrze uczyniłeś — rzekłem.
Halef rozpromienił się.
— Wiedziałem, że tak powiesz. Czy znak nie przypomina żetonu?
— Przypomina. A skrzynie jadą do Gedarefu.
— Więc pojedziemy za niemi.
— I tak zmierzaliśmy w tę stronę.
— Ale teraz będziemy zmierzali silniej.
Pociąg ruszył. Przez okno zobaczyłem Brauna stojącego przy wagonie bagażowym. Nie patrzył na nas. Liczył skrzynie. Było ich już tylko pięć.
Szósta zniknęła podczas postoju w Luksorze, podobnie jak człowiek z rudemi faworytami.
Nie mogliśmy wysiąść i wracać po niej bez utraty całej podróży. Mogliśmy jednak dowiedzieć się, w jaki sposób znikła. Konduktor twierdził, że podczas postoju nie odłączano wagonu bagażowego. Tragarze wynieśli tylko dwie walizy, klatkę z gołębiami i skrzynię z owocami. Żadna wielka paka nie przeszła przez drzwi.
— Więc nadal jest w pociągu — powiedział Halef.
— Albo nigdy jej nie było.
Pokazałem mu kredowe liczby na podłodze. Kolejarz zaznaczał miejsce każdego ciężkiego ładunku. Pod szóstą skrzynią nie było śladu nacisku. Stała pusta lub miała podwójne ściany. Po pęknięciu włożono do niej żelazne części na oczach ludzi, potem podczas zamieszania wyniesiono tylko wewnętrzny pakiet ukryty w skrzyni z owocami.
Odszukaliśmy tę skrzynię na liście bagażowej. Nadano ją do Qeny, nie Luksoru. Mimo to znikła przystanek wcześniej. Nazwisko odbiorcy brzmiało Salim Nadżar. Było fałszywe, ale adres magazynu zapisano prawdziwie.
Wysłałem z następnej stacji krótką depeszę do Selima w Kairze. Nie wymieniłem karabinów ani nazwisk. Poprosiłem, aby przez znajomego w Luksorze sprawdził magazyn i doniósł władzom o skrzyni z nielegalną bronią. Wiadomość ta mogła zostać przejęta, lecz właśnie tego chciałem. Jeśli ludzie Pana Drogi dowiedzą się o możliwej kontroli, będą musieli przenieść towar szybko i pozostawią ślad.
Nocą pociąg zatrzymał się niespodziewanie na małym przystanku. Nie było tam peronu, tylko lampa i zbiornik. Maszynista tłumaczył, że trzeba nabrać wody. Z wagonu bagażowego wysiadł Braun. Poszedł ku ciemnej budce z torbą w ręku.
Halef chciał ruszyć za nim. Zatrzymałem go.
— Patrz na drugą stronę.
Kiedy wszyscy obserwowali Brauna, pod naszym oknem przesunął się człowiek z bandażem. Nie zniknął z pociągu. Ukrywał się w pustej skrzyni, którą ustawiono między innemi pakami. Teraz próbował przejść ku lokomotywie.
Wyskoczyłem. Zauważył mnie i pobiegł po nasypie. Nie ścigałem go odrazu; człowiek uciekający w zupełnej ciemności zwykle zmierza do miejsca, które zna. Przy budce czekał osiodłany koń.
Halef nadbiegł z przeciwnej strony. Uciekinier zmienił kierunek, wspiął się na zbiornik wodny i przeszedł po belce nad torem. Mały hadżi wszedł za nim, choć belka była mokra od pary.
— Zatrzymaj się! — zawołał. — Człowiek z jedną chorą ręką nie powinien wspinać się wyżej niż jego lekarz!
Nieznajomy rzucił bandaż. Pod nim dłoń była zdrowa, jeśli nie liczyć płytkiej rany od odłamka kraty. Chwycił żelazny łańcuch i zsunął się po drugiej stronie zbiornika. Tam stał Braun.
Belka zadrżała pod ciężarem Halefa. Poniżej lokomotywa wypuszczała parę, która co kilka chwil zasłaniała mu nogi. Stałem przy drabinie i widziałem, że pośpiech nie pomoże. Gdybym wszedł za nim, obciążyłbym konstrukcję; gdybym pobiegł na drugą stronę, musiałbym okrążyć skład.
— Wracaj! — zawołałem.
— Jestem już dalej niż bliżej! — odkrzyknął, co z matematycznego punktu widzenia nie miało żadnego znaczenia.
Uciekinier szarpnął łańcuch przed zsunięciem. Belka przesunęła się o kilka cali. Halef stracił równowagę. Nie upadł tylko dlatego, że rozłożył ramiona i osiadł na drewnie okrakiem. Para buchnęła pod nim. Zniknął mi na sekundę z oczu.
Gdy obłok odpłynął, mały hadżi siedział nadal wysoko, obejmując belkę i przemawiając do niej słowami, których nie powtórzę. Zsunął się ku drabinie, ale do pościgu nie nadawał się przez następne kilka chwil; jego żółte buty ślizgały się, a godność ucierpiała bardziej niż ciało.
— Widziałeś? — zapytał, stanąwszy na ziemi. — Chciał zabić mnie zbiornikiem wody.
— Zbiornik pozostał niewinny.
— Każdy przedmiot służący łotrowi staje się jego wspólnikiem.
— Zapamiętaj to, kiedy następnym razem zapragniesz obrazić lokomotywę.
Gruby Europejczyk wyciągnął rewolwer, ale nie strzelił do nas. Przeciął wodze konia i uderzył zwierzę po zadzie. Koń popędził bez jeźdźca. W tej samej chwili maszynista dał sygnał odjazdu. Braun wskoczył do wagonu z jednej strony, człowiek z ręką z drugiej.
Halef zszedł po drabinie. Gdy znaleźliśmy się wewnątrz, oba przedziały były puste. Pociąg ruszył. Nad głową usłyszałem kroki. Wyszli na dach.
Nie mogłem ścigać ich w ciemności, gdy wagony przechodziły przez wykop. Poczekałem do prostego odcinka. Na dachu nie było nikogo. Przy końcu wagonu dostrzegłem natomiast świeżo przeciętą plombę i otwarte drzwi skrzyni oznaczonej jako części maszyn.
Wewnątrz znajdowały się dwa ubrania, płaszcz Brauna i skrzynka owoców z podwójnem dnem. Ludzie zmienili odzież. Po pociągu chodzili teraz jako kolejarze albo tragarze.
— Mogą być każdym — powiedział Halef.
— Nie. Człowiek zmieniający ubranie zabiera z sobą to, czego nie może zostawić.
Na podłodze leżała zerwana etykieta z inicjałami B.H. Rudawy Europejczyk nosił przy sobie małą walizkę. Teraz miał ją nowy „kolejarz”. Obserwowaliśmy wszystkich ludzi w mundurach. Przed świtem jeden z nich przeszedł ku lokomotywie, trzymając walizkę w lewej dłoni. Prawa była owinięta brudną szmatą.
Nie schwytałem go. Zeskoczył z pociągu na przedmieściu Asuanu, gdy skład zwalniał. Halef uważał to za błąd. Ja wiedziałem już jednak, że człowiek nie zamierza wracać ku Suezowi według fałszywego listu. Pozostał przy skrzyniach jadących na „Nubię”. Pułapka nie odciągnęła sieci; tylko zmusiła ją, aby pokazała więcej oczek.
Wieczorem przybyliśmy do Asuanu. Na bocznym torze czekały skrzynie Abd el Latifa. Ostatnia, widocznie zastępcza, była nowa i nie miała żadnej plomby. Na jej wieku ktoś kredą napisał nazwę parowca:
„NUBIA”.
Była to ta sama nazwa, którą znaleźliśmy na kartce Nadżiba.
Zanim poszliśmy ku przystani, wróciłem do zawiadowcy. Po fałszywym alarmie ogniowym na liście pasażerów brakowało trzech nazwisk. Jedno należało do Brauna, drugie do człowieka jadącego z bandażem, trzecie do egipskiej nauczycielki z dwojgiem dzieci. Nauczycielka stała właśnie przy kasie i usiłowała odzyskać kuferek pozostawiony w wagonie. Kolejarz odmawiał, ponieważ bagaż zapisano pod numerem miejsca, które w zamieszaniu zajął ktoś inny.
Pozornie drobny podstęp naszych przeciwników stworzył zatem prawdziwy bałagan dla ludzi niemających nic wspólnego z pościgiem. Halef chciał użyć rozgłosu, jaki wywołał przy gaszeniu dymu, i zagrozić zawiadowcy skargą do samego chedywa. Nauczycielka poprosiła go, aby nie pomagał głośniej, niż wymaga sprawa.
Odnaleźliśmy tragarza, który wynosił rzeczy. Zapamiętał kuferek, bo jeden z „kolejarzy” próbował wsunąć go do skrzyni z owocami. Tragarz odmówił bez właściwego kwitu. To człowiek, którego nikt nie brał za uczestnika gry, zachował porządek lepiej niż urzędowa lista.
Kuferek wrócił do właścicielki. W jego zamku znalazłem drobinkę szarego wosku. Rudowłosy mężczyzna użył go zapewne, aby odcisnąć klucz, sądząc, że bagaż należy do nas. Pomylił przedział podczas dymu. Nauczycielka mogła nieświadomie otrzymać klucz do magazynu, który napastnik chciał później dorobić.
— Zatrzyma pan ten wosk? — zapytała.
— Jeśli pani pozwoli.
— Zatrzymajcie go oboje. Nie chcę stracić własności tylko dlatego, że złodziej pomylił ofiarę.
Podzieliłem grudkę. Jedną część zapieczętowała w kopercie i podpisała własnem imieniem. Drugą schowałem obok klucza Nadżiba. Był to pierwszy dowód, którego świadek sam odmówił oddać w całości sławnemu podróżnikowi. Później nieraz miałem być za to wdzięczny.
Nauczycielka nazywała się Samira Hassan. Nie chciała, abyśmy odprowadzali ją pod strażą. Prosiła tylko o znalezienie dwóch innych pasażerów, którzy widzieli kuferek przed alarmem. Jednym okazał się sprzedawca daktyli, drugim francuski archeolog z głową zajętą faraonami. Obaj potwierdzili, że bagaż należał do niej, ale każdy pamiętał inną godzinę jego przeniesienia.
Samira nie zażądała, aby uzgodnili odpowiedzi.
— Uczę dzieci historji — powiedziała. — Jeśli wszyscy świadkowie pamiętają dokładnie to samo, zwykle przepisali jedną książkę.
Starszy z jej synów wyjął zeszyt. Podczas postoju rysował pociąg: lokomotywę, sześć wagonów i małą postać siedzącą na zbiorniku. Halef rozpoznał siebie.
— Uczyń mnie większym — polecił.
— Wtedy nie zmieścisz się na belce — odpowiedział chłopiec.
Rysunek pokazywał rzecz, której sami nie zauważyliśmy. Przy ostatnim wagonie stał człowiek w granatowej kurtce i podawał coś przez okno Braunowi. Dziecko narysowało go dlatego, że miał niezwykle wysoki fez. Nie był to dowód twarzy, lecz wskazówka, iż fałszywy pocztowiec nie opuścił odrazu stacji. Zawiadowca przypomniał sobie magazyniera noszącego taki fez. Człowiek zniknął po alarmie.
Nie ścigaliśmy go po mieście. Samira zapisała nazwisko zawiadowcy, sprzedawcy i archeologa na odwrocie rysunku. Kopertę z woskiem wysłała do dyrektora szkoły oddzielną pocztą. Dziecięcy szkic jechał z nią.
— Czy mam dorysować znak na skrzyni? — zapytał chłopiec.
— Tylko jeśli go widziałeś — odparłem.
— Nie widziałem.
Zostawił więc deskę bez złamanej szyny. Chłopiec narysował to, co widział, nie zaś to, czego my dopiero się domyślaliśmy.
Rozstaliśmy się przy przystani. Samira popłynęła małą łodzią ku zachodniemu brzegowi, my zaś skierowaliśmy się na „Nubię”. Przez chwilę jej syn trzymał zeszyt wysoko nad głową, aby Halef widział postać na belce. Mały hadżi machał tak długo, aż łódź stała się plamką na rzece.
— Narysował mnie za małym — powiedział.
— Narysował to, co widział.
— W takim razie z wysokości brzegu wszystko wydaje się mniejsze. Jest to błąd perspektywy, nie człowieka.